Relacja z Pucharu Wisły 12.11.2017

 

Praca, praca, praca…to powód, który spowodował moją absencję przez ostatni miesiąc, co w rezultacie przełożyło się na brak świeżych informacji na stronie naszego koła. Pomału wychodzę na prostą i jak zawsze będę się starał na bieżąco wrzucać wszystko to co dzieje się w naszym kole. No może prawie wszystko, bo na nie wszystkich (np. klubowiczach) pewnych terminowych spraw nie mogę wyegzekwować. Ale wracając do tematu – jeszcze praca (cóż zrobić) nie dała mi stawić się punktualnie w niedzielę 12.11.2017 roku na porcie w Górze Kalwarii by wziąć udział w kolejnych cyklicznych zawodach o Puchar Wisły.

 

Jak zawsze zaspałem i tak naprawdę dzięki pracy, a ściślej mówiąc dzięki temu, że wziąłem do ręki komputer i jak co dzień rano odwiedziłem kołową stronę przypomniałem sobie o Pucharze Wisły. Siedząc jeszcze w łóżku obok żony i córki, jedząc śniadanie przez myśl przeszedł mi szatański plan, by wyrwać się z domowych pieleszy i choć na chwilę oderwać się od codzienności. Przełykająć jeszcze ciepłą poranną kawę zapytałem się córki - „Matylda, a może byśmy zrobili wypad nad Wisłę?”. O dziwo sześcioletnia córka zrozumiała intencje ojca i odpowiedziała twierdząco, więc żonie nie zostało nic innego jak wyszykować córkę na Wiślaną eskapadę. Przed wyjazdem dzwonię jeszcze do Andrzeja, by upewnić się czy oby nie jest jeszcze za późno. Tym razem nie odbiera. No cóż, gapa ze mnie, przecież trzeba było dzwonić do sędziego. Na szczęście Paweł odebrał. Pytam się co i jak… W odpowiedzi słyszę łowią do 12:15. Przyjeżdżaj. Wsiadamy więc z młodą w samochód i jedziemy. Oczywiście musieliśmy zabrać na tę eskapadę lalkę, no bo przecież też musiała zobaczyć Wisłę w listopadzie.

                   

                                             Dłubacze w porcie. Czy nie warto było iść na bieżącą wodę?

Jedziemy...

Dojeżdżamy około 11. Wjeżdżając do portu widzę masę samochodów i kilkudziesięciu zawodników łowiących w portowym basenie. No cóż, znowu dłubią okonki na troka. Ciekawe, co by było gdyby zabroniono stosować tę metodę na zawodach. Ilu zawodników umiało by posługiwać się cięższym zestawem, inną techniką i złowić cokolwiek innego niż okonie? Myślę, że nie wielu. Przy namiocie sędziowskim spotykam Pawła. Oznajmia mi, że w zawodach bierze udział blisko 50 zawodników. WOW. Jak na tą porę roku to naprawdę sukces. Paweł – człowiek z pasją po raz kolejny to podkreślam! Jeden z niewielu któremu się chce działać społecznie, po dokonaniu odprawy szybko zorganizował akcję sprzątania portu, w wyniku której zebrał parę worów śmieci. MOŻNA? A można trzeba tylko chcieć! I na porcie do póki wędkarze nie naśmiecą będzie czysto.

                   

                                                                        I posprzątane...

Rekonesans...

Idziemy z młodą zrobić rekonesans. Cykam kilka fotek wzdłuż i wszerz basenu portowego. Pytam się uczestników o wyniki. Marnie. Pojedyncze okonie co u niektórych. Moi faworyci łowią w portowym basenie. Ciekawe kto jest na ujściu. Biorę córkę za rękę i idziemy. Mijamy kolejnych wędkarzy. Na ujściu z portu stoją dwie łódki, ale nie widać by ktoś coś złowił. Wchodzimy na główkę i mijamy jak mi się wydawało zawodników. Pytam się „Panowie i jak wyniki, mamy coś do miary?”. Okazuje się że mamy. Jeden z napotkanych wędkarzy wyciąga z siatki sandacza, na moje oko ponad 60cm.

                    

                                                                     Przyzwoity sandałek...

No to pozamiatał...

myślę sobie i już chcę koledze gratulować, jednakże okazuje się, że nie bierze on udziału w zawodach. Pytam się więc, czy zapozuje mi z rybą, by pokazać wszystkim portowym dłubaczom okoni, że warto jednak przestawić się na coś grubszego. Kolega zgadza się. Cykam kilka fotek. MMS’m wysyłam łowcy jedną ze zrobionych fotek. Na główce zostaje jeszcze dwóch wędkarzy, ale u nich zero. Patrzę na zegarek. Czas wracać, wybiła 12. W drodze powrotnej moją córkę fascynują hałdy wiślanego piachu. Oczywiście muszę jej zrobić kilka fotek, bo inaczej nie będzie chciała wracać. No i mam pecha.

                    

                                                            Dłoniaki, to rozmiar łowionych dzisiaj okoni

Schodząc z jednej z hałd nieopacznie wpadła w kurzawkę, w której zestawiła buta. Skarpeta mokra… koniec eskapady. Wracamy do samochodu. W drodze powrotnej spotykam Pawła. Pokazuję mu fotkę sandała. Nie może uwierzyć. Przy okazji robię kilka zdjęć wymiarowego okonia, który właśnie jeden z zawodników zgłasza do miary.

                    

                                                                      W ostatniej chwili...

Okoń oczywiście wraca powrotem do wody. Pakujemy się z córką do samochodu. Wyjeżdżając z portu spotykam wracających wędkarzy. Jeden z nich ma w siatce trzy okonie. Jak się okazuje to starczy mu na pudło, gdyż wyniki były liche.

                   

                                                                    To dzisiaj wynik na pudło...

Pierwsze miejsce w dzisiejszych zawodach zajął Mirek Paradowski łowiąc trzy okonie, z których najdłuższy miał 36,1 cm. Drugie miejsce zajął Seweryn Stępień, a trzecie „szef” naszych klubowiczów Artur Ulaski.

                   

                                           Puchary rozdane i kolejny Puchar Wisły przeszedł do historii

Zwycięzcom gratuluję. Pełne wyniki znajdziecie tutaj (klik).

Paweł  

 

ps. To były ostatnie zawody spinningowe z cyklu grand prix. Czas zatem na podsumowanie. Oficjalne wyniki już mam ale myślę że nie będę ich na razie zamieszczał, gdyż sezon należy podsumować chociażby krótkim tekstem, który mam nadzieję uda mi się napisać w nadchodzącym tygodniu w przerwach między pracą a domowymi obowiązkami.

Wasze komentarze (0)