Marek Roszkiewicz - wędkarz, prezes, działacz, kumpel...

Byłem wtedy jeszcze nastoletnim szczeniakiem, nie pamiętam dokładnie czy miałem skończone osiemnaście lat czy nie, ale pamiętam dobrze ten dzień, kiedy to wracając ze szkoły potocznie zwanej „Wiaduktem”, na budynku, a ściślej mówiąc w witrynie, w której do niedawna było logo fotografa pojawił się wędkarski asortyment. Cóż mogłem zrobić innego jak nie obrócić się na pięcie i wejść do środka. Za ladą stał dobrze zbudowany facet z wąsikiem lekko łysawy, który przyjaznym głosem zapytał: „co potrzeba?”. Tak poznałem Marka, który wtedy nie był jeszcze prezesem naszego koła.

Często wpadałem do sklepu wędkarskiego przy Sienkiewicza 3 by kupić jakiś wędkarski drobiazg. Marek zawsze słuchał i doradzał i nie stronił od rozmowy. To właśnie w sklepie u Marka kupiłem pierwszy numer miesięcznika wędkarskiego, do którego jak się okazało artykuły pisał właśnie Marek oraz kilku piaseczyńskich wędkarzy. Jak się ostatnio okazało podczas rozmowy z serdecznym kolegą Marka – Witkiem, już wtedy Marek był autorytetem i specjalistą od połowu wiślanych sumów nie tylko w wędkarskim światku, ale również dla naczelnego i zastępcy naczelnego poczytnego wędkarskiego magazynu. Tak naprawdę to wice naczelny i naczelny tego magazynu byli wówczas dla mnie wędkarskim guru. Takim guru dla nich jak oni dla mnie okazało się, że właśnie był Marek.

                     

                                                                                  Świetny wędkarz

Marek chętnie dzielił się swoją wiedzą i doświadczeniem chociaż nie stronił od żartów. Pamiętam raz wpadłem do Marka z poważnym jak na tamte czasy problemem. Problem dotyczył zabezpieczania zielonych woderów polskiej produkcji, które po jednym sezonie parciały mimo faktu, że zabezpieczałem je najlepiej jak umiałem – czyli suche zasypywałem talkiem. Ten sposób wyczytałem w jednym z wędkarskich magazynów. Podzieliłem się z Markiem swoim problemem, na co On nawet bez mrugnięcia oka z poważną i zadumaną miną polecił bym na zimę owe wodery zalał w misce wodą i wystawił na mróz. Pomyślałem – idiota i oczywiście tak nie zrobiłem i jak co roku zasypałem wodery talkiem. I tak sparciały. Dzisiaj wiem, że Marek wiedział, że wodery są lichej jakości i co by nie robić i tak sparcieją. Takie właśnie miał wyrafinowane poczucie humoru, którego wtedy jako młody, poważny człowiek nie zrozumiałem.

                      

                                                    Nie unikał pracy społecznej na rzecz koła

Bliżej z Markiem poznałem się jak został prezesem piaseczyńskiego koła. Byłem wówczas studentem jednej w warszawskich uczelni i posiadaczem białego malucha, którym średnio trzy razy w tygodniu jeździłem by powłóczyć się po nadwiślańskich chaszczach. Wtedy właśnie zakumplowałem się z „bazarkową ekipą”, która wówczas tworzyła człon piaseczyńskiego zarządu. Zaprosili mnie na zebranie zarządu i od tamtej pory jako wolny strzelec zacząłem aktywnie udzielać się w kole oczywiście pod czujnym okiem Marka. Marek miał to coś. Potrafił zmobilizować do działania. Po prostu – był przewodnikiem. Pamiętam jak kiedyś, ktoś dopuścił się „dywersji” na piętrzeniu zwanym powszechnie Pólko. Pomimo tego, że to był czwartek – dzień powszedni, Marek potrafił zorganizować ludzi do pracy między innymi i mnie, by wspólnie naprawić zniszczone piętrzenie.

                      

                                                       Działacz OM -  wieloletni Wiceprezes OM ds. Zarybień

Pomimo, że był prezesem, nie unikał pracy społecznej na rzecz koła. Pamiętam jak raz na zorganizowaną przez zarząd koła akcję usuwania szkód po działalności bobra na Głoskowie oprócz mnie nie przyszedł nikt. Zadzwoniłem do Marka z pytaniem czy działamy, czy nie? Zaprosił na kawę. W między czasie zorganizował jeszcze trzech ludzi i w pięciu uczciwie pracowaliśmy cały dzień zasypując wyrwy w burcie. Po skończonej pracy późny popołudniem, kiedy wszyscy myśleliśmy już powrocie do domów i odpoczynku, Marek oznajmił: Panowie, po ciężkiej pracy należy się odpoczynek i zapakował nas w samochód i zawiózł na swoją działkę na mazury.

                     

                                                 Prezes piaseczyńskiego koła - popularyzator sportu wędkarskiego

Marek nie tylko potrafił zmotywować i zmobilizować ludzi do pracy. Był świetnym organizatorem. Dla koła potrafił załatwić chyba wszystko – po prostu dbał o koło, czego wielu nie mogło zrozumieć i nie rozumie i nigdy nie zrozumie. Wędkarski dzień dziecka to Jego inicjatywa, która miała na celu przyciągnąć młodych adeptów wędkarstwa. Jego ostatnia inicjatywa, to rekultywacja zalewu Amo. Potrafił zmobilizować nie tylko mnie, ale i innych członków zarządu byśmy dwie noce z rzędu przesiedzieli przy ujemnej temperaturze powietrza atmosferycznego nad brzegami Amo i monitorowali spuszczenie wody ze zbiornika, w której panoszyła się bakteria Coli. Załatwił wykwalifikowanych rybaków, którzy profesjonalnie odłowili ryby z zalewu oraz zimochów, w którym odłowione ryby znalazły schronienie.

                      

                                                                                 Świetny kumpel

Załatwił również w Gminie pokrycie kosztów bakterii, która ma być wpuszczona do zalewu w celu jego rekultywacji. Ostatnią decyzję jaką podjął Marek, była decyzja na ostatnim kwietniowym zebraniu zarządu dotycząca napuszczenia wody do zalewu Amo i przeniesieniu ryb z zimochowu. Marek odszedł za wcześnie. Po sobie zostawił prężnie działające koło, i pustkę, której nic nie zapełni. Cześć jego pamięci.

Paweł  

Wasze komentarze (0)